Tlenu...wody...medalu... Czwartego dnia igrzysk w Sydney niejeden polski kibic zaczynał mieć myśli samobójcze. Na podium stawali już reprezentanci blisko 40 reprezentacji, tymczasem nasi sportowcy dalej dołowali. W efekcie zaczynaliśmy szukać jakiegokolwiek przebłysku, zapowiadającego lepsze dni w Sydney.
Trzeci dzień igrzysk, a drugi olimpijskiej rywalizacji zazwyczaj jest pierwszym z tych dni zmagań, które zwykło się nazywać "typowym dniem igrzysk". Bez większych emocji, bez historycznych wydarzeń, bez medalu dla Polaków...
Transmisje z Sydney rozpoczynały się zawsze ciut po północy a kończyły wczesnym popołudniem. Nikt normalny w Polsce nie mógł więc non-stop obserwować wydarzeń na Antypodach. Z reguły, co wytrwalsi (do których chyba należałem) ślęczeli przed TV do 5-6 rano, szli spać i wstawali koło południa, by obejrzeć wieczorne (wg czasu Sydney) wydarzenia. Tak więc w pierwszą olimpijską sobotę po kilku godzinach snu obudziłem się, by oglądać...
Pierwszy dzień igrzysk zawsze ma swój specyficzny klimat. Przed stęsknionymi za igrzyskami kibicami dopiero pierwsze emocje a w perspektywie pozostają ponad dwa tygodnie olimpijskiej zabawy. Zarazem jednak ten pierwszy dzień zawodów, nazajutrz po ceremonii otwarcia, nie przysparza zbyt wielu emocji. W Sydney było podobnie, chociaż kilka wydarzeń z pierwszego dnia niewątpliwie przeszło do historii.
Ostatnią notką wprowadziłem siebie w stan nostalgicznego wspominania igrzysk w Sydney. Wyciągnąłem z archiwum wszystkie nagrania z tych igrzysk i zacząłem oglądać od przysłowiowej "deski", czyli ceremonii otwarcia. Po kilku dniach, gdy Sydney towarzyszyło mi w każdej wolnej chwili pomyślałem "czemu by nie powtórzyć tego samego na blogokanale"...
Ani się obejrzałem, a minęła cała dekada od Sydney. Te igrzyska były specyficzne. W Polsce była już chłodna jesień, w Australii chłodna wiosna, a my-kibice nie mogliśmy się doczekać pierwszego medalu dla polski. Czekaliśmy na niego długie 5 dni...
Szczerze mówiąc nie lubię oglądać porażek naszych sportowców. Chyba nikt zresztą tego nie lubi:) Porażki bowiem zawsze są bolesne. Czasami jednak porażki wspomina się nie jako niepowodzenie, lecz nieporozumienie, by nie napisać mocniej. Z perspektywy lat porażka Bartnika z Torstenem Mayem wciąż wydaje się mocno kontrowersyjna.
Ufff! Co to był za tydzień. Spędziłem go w kraju, który kocham nie tylko za wspaniałe morze, dobre żarcie i przepyszne (naprawdę!) piwo, ale również, a raczej przede wszystkim, za to, że dał światu igrzyska. Mowa oczywiście o Grecji. Skoro przez tydzień dane mi było udawać Greka, to dzisiejsza notka po prostu musiała być o Grecji.
Głosy niektórych komentatorów towarzyszą mi od początku mojej fascynacji sportem. Z czasem stały się wręcz emanacją danej dyscypliny do tego stopnia, że oglądanie jej bez ich głosu jest wręcz czymś nienaturalnym, by nie powiedzieć nieznośnym. Większość z nich znów usłyszymy w czasie kolejnych igrzysk. Niektórych, niestety, posłuchać możemy już tylko oglądając archiwalne nagrania...
Uff minął tydzień od reaktywowania blogokanału. Przez ten tydzień powoli się wkręcałem w temat. Na początek postanowiłem zapodać to co akurat nawinęło mi się na myśl. Były więc już i chwile radosne, jak i dramaty oraz wielkie emocje. Postaram się wkrótce jakoś to wszystko uporządkować:) Póki co nasunął mi się na myśl największy farciarz w historii igrzysk.
Dokładnie sześć lat temu kończyły się igrzyska w Atenach. Podobnie jak dzisiaj była to niedziela. Wiem, że jestem dziwny, ale zawsze zwracam uwagę na takie daty. Skoro dzisiaj mija 6 lat od końca igrzysk w Atenach postanowiłem przypomnieć dramatyczny maraton kończący tamte igrzyska.
Przed igrzyskami w Atlancie największym pewniakiem polskiej ekipy był Paweł Nastula. Oczekiwania wobec niego były krótkie: ma być złoto! Złoto Nastula wywalczył, lecz to co działo się w półfinale mogło przyprawić o zawał każdego polskiego kibica
Przyznam się szczerze, że do żadnego rekordu świata nie czułem nigdy takiego sentymentu jak do magicznego 19,32 Johnsona w Atlancie. Przez 12 lat byłem wręcz pewien, że swoim wnukom będę się chwalił "40 lat temu byłem świadkiem najstarszego rekordu świata-19,32 Johnsona". Tymczasem pojawił się pewien chłopak z Jamajki, który wszystko "popsuł". Czy jednak jego rekord jest lepszy od Johnsona? Pod jednym względem na pewno nie...
Z polską telewizją na igrzyskach zawsze działy się dziwne rzeczy. W 1992 r. widzowie w Polsce nie mogli na żywo obejrzeć triumfu pięcioboistów, cztery lata później TVP zafundowała nam natomiast udawaną transmisję "na żywo" z występu Renaty Mauer...
W dzisiejszy duszny wieczór postanowiłem przypomnieć jeden z najbardziej dramatycznych pojedynków z udziałem naszego sportowca w historii igrzysk olimpijskich - rywalizację Artura Partyki z Charlsem Austinem w Atlancie.
Solą igrzysk są medalowe niespodzianki ze strony naszych sportowców. Cóż bowiem może być fajniejszego niż medal kogoś, na kogo nie liczyliśmy:-) Na Mateusza Kusznierewicza w Atlancie liczyli chyba tylko najwięksi spece od żeglarstwa. Statystyczny polski kibic o tym młodym chłopaku z Warszawy usłyszał dopiero gdy media podały sensacyjną wiadomość o wygranej Kusznierewicza.
Ze wszystkich medali mojej ukochanej Barcelony wyjątkowo wspominam brąz Bartnika. Nie dlatego, że mam jakieś własne wspomnienia w związku z jego występem (chyba nawet nie oglądałem tego na żywo). Powodem mojej sympatii do tego wydarzenia jest rewelacyjny komentarz. Dla mnie klasyka mikrofonu:)
Pomysł był taki: otwieram szafkę z archiwum, biorę pierwsze lepsze pudełeczko i z niego jakąkolwiek płytkę, odpalam w losowym momencie i... robię notkę na blogokanale. Myślałem, że wyskoczy jakaś nuda i będę uparcie szukał czegoś innego, tymczasem trafiłem na legendę...
Ależ to były igrzyska. Niezwykłe dwa tygodnie, które jednak szybko minęły… areny XXI zimowej olimpiady opustoszały, zawodnicy wrócili do swoich codziennych zajęć (polegających z reguły na walce o PŚ), kibice wyłączyli telewizory… cóż zrobić… Jak to co? Wspominać! Heh rok mija od ostatniej notki – wiem, trochę czasu minęło, a jeśli ktoś tu zaglądał w tym czasie to mógł dojść do wniosku, że blog umarł śmiercią zapomnienia. Nic bardziej mylnego! Czasu mam więcej, archiwum się kurzy… nic tylko brać się do pracy!
Na igrzyskach olimpijskich niekoniecznie trzeba posiadać wysokie umiejętności aby, po pierwsze - wystartować, po drugie - zostać zauważonym przez media i zapamiętanym przez kibiców, a po trzecie, tak przy okazji – trochę zarobić. Czasami wystarczy bowiem uprawiać dyscyplinę, która w swoim kraju jest egzotyczna…
Grzebiąc w starych olimpiadach, co jakiś czas natrafiam na występ zawodnika, o którym świat miał dopiero usłyszeć. Nie mówię o wielkich zaskoczeniach, ale o sportowcach, którzy debiutując na tak wielkiej imprezie zajmują odległe miejsca, by później, na kolejne igrzyska, powrócić już jako faworyci. Właśnie występom takich zawodników dedykuję nowy cykl.
Dzisiejsza notka będzie troszkę złośliwa:-) Mam nadzieję, że obiekt mojej lekkiej drwiny mi wybaczy, ale po prostu od dłuższego czasu mnie to irytowało. Osobiście bardzo lubię oglądać narciarstwo alpejskie na Eurosporcie. Od pewnego też czasu regularnie czytam portal Eurosportu (polecam!), ale od początku drażni mnie przytoczony obok zapis.
Oj działo się dzisiaj… działo:-) Ale o tym później. Na zakończenie sobotniego, podwójnie radosnego, dnia proponuję mały przerywnik od nadmiaru emocji (radosnych i smutnych) mijającego tygodnia. Uwielbiam igrzyska olimpijskie m. in. dlatego, że są studnią bez dna ciekawych wątków. Dzisiaj przyjrzałem się bliżej przemarszom polskich sportowców na ceremoniach otwarcia i „klątwie chorążego”.
Justyna Kowalczyk przed kilkoma godzinami zdobyła brązowy medal na Mistrzostwach Świata w Libercu. To wydarzenie jakich mało! Ostatni medal na mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym w konkurencji biegowej polski zawodnik zdobył…31 lat temu! No cóż biegową potęgą nigdy nie byliśmy i trudno byłoby przypuszczać, że kiedyś będziemy. Mamy jednak swoje pięć minut dzięki talentowi, pracowitości i niezwykłemu charakterowi Justyny Kowalczyk.
Ta wiadomość trafiła mnie niczym piorun z jasnego nieba. Do pokoju w pracy weszła koleżanka, spytała, czy słucham radia... bo zmarła "ta Skolimowska"... W pierwszej chiwli pomyślałem, że to przejęzyczenie, że coś pomieszała. Wszedłem na TVN24...niestety to prawda:-(